Strona głównaKulturaCo by było, gdyby nie było granic państw?

Co by było, gdyby nie było granic państw?

Ten satysfakcjonujący, głuchy stuk stempla w paszporcie. Dźwięk, który dla jednych jest obietnicą przygody, a dla innych murem. Linia atramentu, która decyduje, czy możesz zobaczyć się z rodziną, podjąć pracę marzeń, czy po prostu uciec przed niebezpieczeństwem. Granice. Te pozornie niewinne linie na mapie, które w rzeczywistości są jednym z najpotężniejszych wynalazków w historii ludzkości. Ale co by było, gdyby ich nie było?

To nie jest tylko ćwiczenie z wyobraźni o świecie bez szlabanów i kontroli paszportowej. To pytanie o fundamenty naszej cywilizacji. Usunięcie granic państwowych nie byłoby jak wymazanie linii narysowanych ołówkiem na globusie. Byłoby raczej jak usunięcie kodu źródłowego z systemu operacyjnego, na którym działa cały współczesny świat. Efekty byłyby kaskadowe, głębokie i dotknęłyby absolutnie każdego aspektu naszego życia.

Wielkie rozpakowanie – czym właściwie jest granica?

Zanim ruszymy dalej, musimy „rozpakować” pojęcie granicy. To nie jest po prostu linia na ziemi. To skomplikowany pakiet funkcji, które państwo świadczy (lub narzuca) na swoim terytorium. Granica to przede wszystkim:

  • Filtr bezpieczeństwa: Decyduje, kto i co może wjechać. Ma zatrzymywać terrorystów, przestępców, ale też niechciane towary czy choroby.
  • Mechanizm ekonomiczny: Umożliwia nakładanie ceł, kontrolowanie przepływu kapitału i siły roboczej. To narzędzie do ochrony (lub izolacji) własnego rynku.
  • Symbol suwerenności: To fizyczna manifestacja władzy państwa. Mówi: „tutaj kończy się nasze prawo, a zaczyna inne”. Daje państwu prawo do decydowania, kto jest „swój”, a kto „obcy”.
  • Definicja tożsamości: Granica oddziela „nas” od „nich”, wzmacniając poczucie wspólnoty narodowej, często opartej na wspólnym języku, kulturze czy historii.

Warto pamiętać, że ten system jest stosunkowo nowy. Koncepcja twardych, liniowych granic państwowych, jakie znamy dzisiaj, ugruntowała się w Europie dopiero po pokoju westfalskim w 1648 roku. Przez większość historii ludzkości granice były płynne, strefowe, a lojalność częściej wiązała ludzi z władcą, miastem czy grupą etniczną niż z abstrakcyjnym terytorium. Usunięcie granic byłoby więc w pewnym sensie powrotem do stanu bardziej naturalnego, ale w warunkach globalizacji i ośmiu miliardów ludzi na planecie.

Przeczytaj też:  Czy warto czytać książkę przed obejrzeniem filmu

Pytanie za sto bilionów dolarów: ekonomia bez limitów

Zacznijmy od pieniędzy, bo to one najszybciej odczułyby zmianę. Większość ekonomistów zgadza się, że całkowite otwarcie granic i swobodny przepływ siły roboczej doprowadziłby do eksplozji globalnego bogactwa.

#### Dywidenda migracyjna

Ekonomista Michael Clemens z Center for Global Development obliczył, że zniesienie barier migracyjnych mogłoby przynieść od 50% do 150% wzrostu światowego produktu brutto. Mówimy tu o kwotach rzędu dziesiątek, a nawet setek bilionów dolarów. To tak, jakbyśmy nagle odkryli nową, niewyobrażalnie bogatą planetę i zaczęli ją eksploatować.

Skąd taki skok? Z prostej zasady: talent i praca są najcenniejsze tam, gdzie mogą być najbardziej produktywne. Genialny programista w wiosce w Bangladeszu, zarabiający kilkaset dolarów rocznie, mógłby w Dolinie Krzemowej tworzyć technologie warte miliony. Doświadczony rolnik z Sudanu mógłby zrewolucjonizować uprawy na żyznych, ale niewykorzystanych polach w Europie. Ludzie, niczym kapitał, popłynęliby tam, gdzie ich umiejętności przyniosłyby największy zwrot. To byłaby największa jednorazowa alokacja zasobów w historii.

#### Grawitacja bogactwa i drenaż mózgów

Jednak ten medal ma drugą, znacznie ciemniejszą stronę. Pieniądze i ludzie podlegaliby prawu grawitacji – przyciągałyby ich najbogatsze, najbardziej stabilne i rozwinięte regiony świata. Nowy Jork, Londyn, Tokio, Berlin stałyby się jeszcze potężniejszymi magnesami, przyciągając miliony ludzi szukających lepszego życia.

Co stałoby się z miejscami, które opuścili? Prawdopodobnie pogrążyłyby się w jeszcze głębszym kryzysie. Zjawisko drenażu mózgów, które obserwujemy już dziś, przybrałoby niewyobrażalną skalę. Całe kraje mogłyby zostać pozbawione lekarzy, inżynierów, nauczycieli i przedsiębiorców. Pozostaliby tylko ci, którzy nie mogli lub nie chcieli wyjechać. Oczywiście, część zarobionych pieniędzy wracałaby w formie przekazów pieniężnych (remittances). Już teraz, według Banku Światowego, ich wartość ponad trzykrotnie przewyższa oficjalną pomoc rozwojową. W świecie bez granic ten strumień byłby gigantyczny, ale czy wystarczyłby, by zrekompensować utratę najcenniejszego kapitału – kapitału ludzkiego?

#### Koniec państwa opiekuńczego?

Przeczytaj też:  Jak wybrać dobry spektakl teatralny

Tu dochodzimy do fundamentalnego problemu, który zwięźle ujął noblista Milton Friedman: „Nie można mieć jednocześnie swobodnej imigracji i państwa opiekuńczego”. Kto płaciłby za publiczne szkoły, szpitale, drogi i systemy emerytalne, gdyby populacja danego miasta czy regionu mogła w ciągu roku wzrosnąć o 30%? Systemy oparte na podatkach i długoterminowych zobowiązaniach wobec obywateli po prostu by się załamały. Prawdopodobnie doprowadziłoby to do masowej prywatyzacji usług publicznych. Dostęp do edukacji czy opieki zdrowotnej stałby się w pełni zależny od zasobności portfela. To scenariusz libertariańskiej utopii lub, dla innych, dystopii.

Kim jestem, jeśli nie obywatelem?

Gdyby zniknęły granice, zniknąłby też paszport. A wraz z nim obywatelstwo w dzisiejszym rozumieniu. Tożsamość narodowa, jedno z najsilniejszych spoiw społecznych ostatnich 200 lat, straciłaby swoje fizyczne ramy. Historyk Benedict Anderson nazwał narody „wspólnotami wyobrażonymi” – nie znamy osobiście większości naszych rodaków, ale czujemy z nimi więź poprzez wspólny język, symbole i historię.

Co by ją zastąpiło? Być może wrócilibyśmy do tożsamości bardziej lokalnych. Ludzie identyfikowaliby się przede wszystkim jako nowojorczycy, Bawarczycy, Kaszubi czy mieszkańcy delty Mekongu. Świat mógłby przypominać mozaikę tysięcy miast-państw i regionów, konkurujących ze sobą o mieszkańców i kapitał.

Inna możliwość to narodziny prawdziwie globalnej, kosmopolitycznej tożsamości. Być może poczucie przynależności do gatunku ludzkiego w końcu przeważyłoby nad plemiennymi podziałami. Jednak bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz pośredni: powstawanie transnarodowych enklaw kulturowych i językowych. W miastach na całym świecie tworzyłyby się samowystarczalne dzielnice, gdzie ludzie z podobnych kręgów kulturowych żyliby obok siebie, ale niekoniecznie ze sobą. Potencjał do kulturowego wzbogacenia byłby ogromny, ale równie wielkie byłoby ryzyko atomizacji społeczeństw i gettoizacji.

Nowy porządek świata czy nowy chaos?

Brak granic państwowych to brak państw w obecnej formie. Kto więc sprawowałby władzę? Kto egzekwowałby prawo? Wyobraźmy sobie prostą sytuację: ktoś popełnia morderstwo w Warszawie i ucieka do Berlina. Dziś mamy procedury ekstradycyjne. W świecie bez granic, do kogo należałaby jurysdykcja? Do policji warszawskiej? Berlińskiej? A może prywatnej agencji ochrony wynajętej przez rodzinę ofiary?

Władza prawdopodobnie przeszłaby w ręce innych graczy.

  • Mega-korporacje: Już dziś budżety największych firm technologicznych przewyższają PKB wielu państw. W świecie bez granic ich potęga stałaby się niemal absolutna. Mogłyby tworzyć własne strefy ekonomiczne, z własnymi prawami i siłami porządkowymi.
  • Miasta-państwa: Bogate metropolie stałyby się de facto suwerennymi bytami, jak w starożytnej Grecji czy renesansowych Włoszech.
  • Organizacje transnarodowe: Od potężnych NGO, przez globalne związki wyznaniowe, aż po międzynarodowe syndykaty zbrodni.
Przeczytaj też:  Jak zacząć chodzić do teatru i nie czuć się nieswojo

Czy zniknęłyby wojny? Wojny między państwami – tak, bo nie byłoby państw. Zastąpiłyby je jednak prawdopodobnie inne formy konfliktu: wojny korporacyjne o zasoby, konflikty między miastami o wodę, czy starcia ideologiczne prowadzone przez globalne frakcje. Paradoksalnie, system państw narodowych, choć jest źródłem wielu wojen, stworzył też ramy (jak prawo międzynarodowe), które pozwalają te konflikty jakoś regulować. Bez nich moglibyśmy wkroczyć w erę permanentnego, tlącego się konfliktu o niskiej intensywności.

Perspektywa planety

Jest jednak jedna perspektywa, z której granice państwowe wyglądają na absurdalny, wręcz szkodliwy anachronizm. To perspektywa samej Ziemi. Wirusy nie respektują kontroli paszportowej. Emisje dwutlenku węgla nie zatrzymują się na słupkach granicznych. Plastik w oceanach dryfuje swobodnie między strefami ekonomicznymi.

Globalne problemy wymagają globalnych rozwiązań. W świecie bez granic koordynacja działań w walce z pandemią czy zmianami klimatycznymi mogłaby być o wiele łatwiejsza. Z drugiej strony, brak państwowych struktur, zdolnych do egzekwowania trudnych i niepopularnych decyzji (jak podatek węglowy), mógłby doprowadzić do całkowitego paraliżu.

Świat bez granic to wizja rozdarta między utopią a dystopią. Z jednej strony, to obietnica bezprecedensowego wzrostu gospodarczego, uwolnienia ludzkiego potencjału i końca absurdalnych podziałów. Z drugiej, to widmo chaosu, upadku struktur społecznych, które zapewniają nam bezpieczeństwo i poczucie przynależności, oraz powstania nowego, brutalnego porządku opartego na czystej sile ekonomicznej.

Być może więc pytanie nie brzmi: „czy powinniśmy znieść granice?”, ale „jak możemy uczynić je bardziej przepuszczalnymi i sprawiedliwymi?”. Bo ta linia atramentu w paszporcie to coś więcej niż biurokracja. To zapisana umowa społeczna. A zmiana jej warunków to najpoważniejsza renegocjacja, jaką jako gatunek moglibyśmy podjąć.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Musisz przeczytać